NBA Europe Live Tour 2009 w Londynie - niezapomniany wyjazd :: 13.10.2009, 23:45 :: Greg00
LukaseK: O przylocie Utah Jazz do Europy mówiło się już od dawna, w końcu dwóch gwiazdorów Jazz – Andriej Kirilenko i Memo Okur, jest właśnie Europejczykami, a prócz nich przez zespół w ostatnich latach przewinęła się cała masa innych zawodników z starego kontynentu, jednak jakoś zawsze Europa okazywała się niedostępna dla Jazzmanów. Pierwsze informacje o tym, że Jazz mogą wziąć udział w tegorocznej edycji NBA Europe Live Tour pojawiły się pod koniec stycznia, mówiło się o wizycie w 2 z 4 miast – Londynie, Madrycie, Paryżu i Berlinie, wówczas Jerry Sloan krótko skwitował te pogłoski mówiąc ”Pojadę wszędzie tam gdzie zabierze mnie klubowy autobus.” Na szczęście lot wyczarterowanym dla klubu samolotem nie okazał się problemem dla trenera i pod koniec marca wszystko zostało oficjalnie potwierdzone - zdecydowano, że Jazz zagrają 6 października w Londynie przeciwko Chicago Bulls i 2 dni później w Madrycie przeciwko miejscowej drużynie – Realowi Madryt. Bilety trafiły do sprzedaży, redakcja jazz.e-nba.pl długo nie czekała i już pierwszego dnia dostępności biletów zakupiła wejściówki. Teraz pozostało już tylko załatwienie formalności, noclegu, zabukowanie lotu i długie miesiące oczekiwania na spełnienie jednego ze swoich największych marzeń w życiu. W kolejnych akapitach naszej relacji będziecie mogli przeczytać o wydarzeniach rodem z filmów z Charlesem Bronsonem, pościgu po zaułkach Londynu, spotkaniu z nieznajomymi kobietami, przepychankach w sklepie oraz o tym jak wejść na prywatną imprezę kiedy nie ma cię na liście gości i zwrócić na siebie uwagę zawodników. To wszystko wydarzyło się w Londynie (mieście, którego nie ma) podczas NBA Europe Live Tour 2009, między 4 a 6 października 2009.

UWAGA: Zachęcamy do czytania poniższej relacji w Mozilli Firefox, gdyż jest ona najlepiej widoczna w tej przeglądarce.


LukaseK: Do Londynu razem z Gimmie przylecieliśmy już w sobotę, na brytyjskiej wyspie przywitał nas zimny wiatr oraz kufelek czarnego jak smoła Guinnessa, w między czasie (kiedy przestało wiać, a piwa jeszcze nie było) dotarł do nas trzeci z muszkieterów Karl. Przez kolejne dwa dni zwiedzaliśmy Londyn, ulice, puby, muzeum sztuki nowoczesnej, stadion Chelsea…

Gimmie: O tym, że warto wstąpić podczas pobytu w Anglii, a tym bardziej w jej stolicy na mecz Premier League (dawnej Premiership) czyli najtwardszej i najszybszej (bardzo możliwe, że najbardziej widowiskowej) ligi piłkarskiej na świecie ustaliliśmy wstając „bladym świtem” około godziny 11. Uzbrojeni (Ja, Karl i LukaseK) w SMS od Grega, który był w tej materii bardziej obeznany, poznaliśmy sposoby dojazdu na stadion Chelsea, gdzie o godzinie 16 miał mieć miejsce mecz z Liverpoolem (The Reds)... ale to nie mecz był tak naprawdę główną przyczyną naszej podróży na Stamford Bridge. Miał się tam bowiem pojawić (najprawdopodobniej) Andriej Kirilenko zaproszony na spotkanie przez właściciela klubu, a także jego rodaka Romana Abramowicza. Jak się później okazało na meczu i sesji fotograficznej na płycie murawy był wraz z AK47 także inny zawodnik Utah Jazz Mehmet Okur oraz jeden z przedstawicieli drużyny Chicago Bulls, który sympatii fanów Nutek już chyba nigdy sobie nie zaskarbi. Wracając myślą, do początku podróży. Z lekką nutą nieśmiałości ubrani w 66% (dwóch z nas trzech) w stroje Jazzmanów wyruszyliśmy na podbój miasta. Najpierw zlokalizowaliśmy słynnego Big Bena i ruszyliśmy wzdłuż rzeki Tamizy przechadzając się wśród malowniczo wznoszących się zabytkowych budynków i mostów, których budową urzeczony był ich przyszły projektant LukaseK. Nasz zachwyt mógłby być większy, gdybyśmy spotkali zwiedzających miasto zawodników NBA. Mimo wielkich chęci nie udało się żadnego wypatrzyć, a jednak centrum opuściliśmy zadowoleni możliwością dodania newsa na naszą stronę. Na stacji Fulham wysiedliśmy mocno spóźnieni, szybko jednak udało nam się zlokalizować stadion Chelsea, gdzie biletów na mecz i tak nie sposób byłoby kupić bo niemal wszyscy korzystają z karnetów na cały sezon. Postanowiliśmy więc spróbować „dorwać” AK47 w pobliżu stadionu, a mecz obejrzeć w pubie The Blues wewnątrz obiektu. Niestety ochroniarze we wszystkich pobliskich sportowych pubach z dezaprobatą kiwali głową gdy chcieliśmy bez rezerwacji wejść do środka. Nieco zrezygnowani zamierzaliśmy szukać miejsca z daleka od stadionu gdzie moglibyśmy oglądnąć mecz. Wtem.. Bardzo powolnym krokiem ze stadionu wychodził sobie dosyć filigranowy Afroamerykanin, który włóczył po chodniku czerwoną koszulkę. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Lekko przed nim szło 2 nieco wyższych mężczyzn z obstawy. Początkowo także i nam zupełnie nie rzucił się w oczy. Choć przed stadionem nie było nikogo poza ochroniarzami, grupką azjatyckich turystów, robiących zdjęcia z plakatami zawodników The Blues (ja z Lukaskiem dla kontrastu postaraliśmy się o serię zdjęć w murze defensywnym Chelsea w koszulkach Jazz) również i my długo nie zwracaliśmy na niego uwagi. I nastąpił moment przebłysku, kiedy zawołałem do chłopaków – Patrzcie tam, a kto to jest? – czemu na meczu piłkarskim ktoś idzie trzymając w ręku koszykarską koszulkę, czyżby to był zawodnik NBA, ale który... W odpowiedzi usłyszałem: To Derrick Rose (ten sam, przez którego Deron Williams zmagał się z kontuzją kostki cały sezon). Mimo, to nasza reakcja była bardzo serdeczna. Zaczęliśmy się przekrzykiwać chcąc zatrzymać Rose’a zanim wsiądzie do samochodu. Ten jednak wysłuchał wsiadając już do auta Naszego zdawkowego – It was nice to see you Derrick, i odjechał niemal zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Za co później mu się odwdzięczyliśmy. Ale to już inna historia. A wracając do meczu Chelsea, to oglądaliśmy go na stojąco w jednym z pubów gdzie atmosfera była chyba podobna do tej na stadionie. Padły dwie przepiękne bramki i choć ochroniarze początkowo dziwnie patrzyli na nasze koszulki (choć przecież w tym samych barwach), to zwycięstwo ich pupilów znamiennie osłodziło ewentualne niesnaski. Dobrze, że nie mieliśmy na sobie czerwonych koszulek. :)

Greg: Ja na brytyjską ziemię korzystając z gościnności siostry przybyłem już w czwartek 1 października i oczekiwanie na mecz umilałem sobie grą w golfa, snookera czy chodzeniem po niezliczonych sklepach. I tak to moje wędrówki zaprowadziły mnie w poniedziałek 5 października do Foot Lockera na najsłynniejszej londyńskiej ulicy ze sklepami Oxford Street, gdzie rozglądałem się za ciekawymi rzeczami związanymi z koszykówką. Okazało się, że sklep ma cały poziom -1 przeznaczony dla fanów tego sportu, z podłogą imitującą koszykarski parkiet i wszędzie porozwieszanymi koszulkami i butami z brandem Jordana czy nike’a, z często spotykanym w obecnych czasach napisem LB23. Rozglądając się po sklepie nagle moją uwagę przykuła nie największych rozmiarów reklama przedstawiająca Derona Williamsa, informująca, że D-will będzie jeszcze tego samego dnia (i to już za 3 godziny) w tym sklepie! Nie czekając ani chwili napisałem o tym do kolegów z redakcji, którzy już po godzinie stawili się na miejscu. Korzystając z chwili czasu poszukaliśmy fotografa, gdzie zrobiliśmy sobie odbitki przygotowanych przez Lukaska zdjęć Derona, które nadawały się idealnie na autografy, które mieliśmy nadzieję zdobyć. Wracając od fotografa spojrzeliśmy jeszcze w stronę oddalonego o jakieś 100 metrów od Foot Lockera sklepu Adidasa, gdzie oprócz pamiątkowej fotki rzuciliśmy okiem na Derricka Rose’a, który również rozdawał w nim autografy. Jednak jako że nie to było celem tej wizyty a i w stosunku do tego zawodnika nie mamy przesadnej sympatii po tym jak przyczynił się rok temu do długotrwałej kontuzji D-Willa, pospieszyliśmy do Foot Lockera, by zająć strategicznie miejsce w walce o bliskość Derona. Na miejscu jednak ku naszemu rozczarowaniu okazało się, że na spotkanie to będą mogły dostać się tylko osoby znajdujące się na liście gości, ale znów potwierdzenie znalazło powiedzenie, że „Polak potrafi”. :]

karl: Najpierw szybko zapoznałem się z Gregiem00, którego tak jak Lukaska i Gimmiego miałem po raz pierwszy okazję na żywo spotkać i porozmawiać, a potem już szybkim marszem udaliśmy się do Foot Lockera, a właściwie do jego wcześniej wspomnianego poziomu -1, czyli House of Hoops. Niestety nad dostępem do tego pomieszczenia czuwał ochroniarz, po rozmowie z którym dowiedzieliśmy się o liście gości, pozwalającej na spotkanie z naszym rozgrywającym... Z początku było to dla nas dosyć zaskakujące, jako że w sklepie znajdowały się ogólnodostępne reklamy dotyczące spotkania fanów z D-Willem i nie było żadnej informacji o obowiązkowym uprzednim wpisaniu się na listę, która co więcej była zamknięta... Niemniej nie zrobiło to na nas, przybyszach z dalekiego kraju, większego wrażenia, po czym dołączyliśmy do kolejki ludzi, których nazwiska widniały na owej „guestliście”. Jak się potem okazało była ona stworzona wyłącznie ...z uczniów. Wracając jednak do wejścia to okazaliśmy się szczęśliwymi a organizatorzy miłymi ludźmi, którzy na widok dziesiątek otaczających nas emblematów zespołu Jazz i naszych tłumaczeń z jak daleka przyjechaliśmy do Londynu oraz z drugiej strony niezbyt imponującej frekwencji ze strony uczniów, pozwolili nam wejść do środka. W tym momencie spełnienie naszych marzeń nabrało znacznego tempa. W pokoju znajdowało się kilka kamer, jak i również kilku reporterów, część personelu z Foot Lockera oraz my, „topiący się” w "tłumie" ok. 25 uczniów. W związku z tym, że znaczną część oczekujących na spotkanie z Williamsem nie wykazywała oznak, że Utah Jazz albo sam zawodnik są jedynymi w swoim rodzaju, musieliśmy przejść próbę przywitania Derona Williamsa... Która i tak potem okazała się niepotrzebna, bo w pomieszczeniu znajdowało się pewnych czterech osobników, którzy gdy ujrzeli koszykarza od razu dali wyraz swojego uznania, rytmicznie wykrzykując „D-Will, D-Will!”, na co gracz Jazz zareagował uśmiechem. Kilka minut później nastąpił czas na pytania.

Lukasek: Prowadzący spotkanie z udziałem Derona Williamsa poprosił zgromadzonych o to by zadawali pytania Deronowi, w tym momencie moja ręka wyskoczyła do góry jak Millsap po kolejną zbiórkę, prowadzący jednak cały czas faworyzował dzieciaki, które raz zadawały mu bardziej sensowne pytania, a raz mniej. Pytały go o to, jak opisałby swoją grę, na co on odpowiedział physical, deceptive and clutch, co można przetłumaczyć jako „fizyczna”, „zwodnicza” i „branie na siebie ciężaru gry w kluczowych momentach spotkań”, a innym razem jaki pseudonim przyjąłby gdyby walczył w zapasach amerykańskich (a wierzcie mi warunki ku temu miałby niezłe, bo D-Will "w realu" okazał się człowiekiem o doprawdy imponującej fizyczności), na co zareagował śmiechem, lecz nie potrafił na nie podać odpowiedzi (z sali padła skądinąd bardzo trafna sugestia „Destroyer”, na którą wszyscy zareagowali gromkim śmiechem). Wreszcie prowadzący pokazał na mnie, ja speszony odwróciłem się szybko do tyłu sprawdzając czy to na pewno o mnie chodzi, po sekundzie niepewności zapytałem jak mu się układa współpraca z Jerrym Sloanem? Deron odpowiedział z uśmiechem, że na początku, w trakcie pierwszego sezonu, nie było najlepiej, ale teraz pracuje mu się świetnie i uważa go za najlepszego trenera w historii.

Greg: Nie minęło dużo czasu od pytania Lukaska, gdy i na mnie z racji mojego wzrostu i wysoko wyciągniętej ręki padło wreszcie wskazanie prowadzącego i także i ja mogłem skierować swoje pytanie do D-Willa. Ku jednak zaskoczeniu Deron przerwał mi w pół słowa, pytając czyją koszulkę mam na sobie (stałem z tyłu i tego w tym momencie nie widział) – było to jednak pytanie nieco złośliwe, bowiem D-Will musiał wcześniej zauważyć, że było to koszulka Andrieja Kirilenko, co z pewnością mogło podrażnić nieco jego ego. Tym niemniej skwitował moją odpowiedź "It's AK's" uśmiechem a ja mogłem powtórzyć pytanie, w których chciałem się dowiedzieć, co sądzi o szansach Utah w tym sezonie i czy myśli, że Jazz są w stanie pokonać L.A. Lakers. Deron stwierdził, że w pojedynku z Lakers nie będzie łatwo, szczególnie po dołączeniu do tego zespołu Rona Artesta, ale dodał, że jeśli tylko Jazz będą zdrowi przez całe rozgrywki, to wszystko może się zdarzyć.

karl: My z Gimmiem z boku z zachwytem przyglądaliśmy się wyczynom naszych kolegów, ale że Gimmie cały ten wywiad kręcił na kamerze a mi po prostu... zabrakło pomysłów na pytania, tak więc z naszej strony Deron Williams miał „spokój”. Po pytaniach przyszła kolej na przybicie wszystkim piątki przez Derona. I jak się okazało już po całym spotkaniu, wszyscy zgodnie zauważyliśmy, że rozgrywający Jazz ma strasznie... szorstkie dłonie. Czym to było spowodowane? To pewnie jedna z jego tajemnic. Na sam koniec, to co tygryski lubią najbardziej – czyli autografy i zdjęcia. Dzięki zdjęciom Lukaska i odbitkom, które zdążyliśmy zrobić przed spotkaniem, wszystko poszło bez większych problemów. Każdy z nas może już wywiesić w swoim pokoju podpisaną fotografię Derona Williamsa!

Gimmie: Spotkanie z D-Willem już było za nami, a raczej tylko jego oficjalna część. Staliśmy w oczekiwaniu na jego wyjście tuż przy ruchomych schodach, zaglądając przez ramię ochroniarzy w dół czy już przypadkiem nie wychodzi. Zastanawialiśmy się, czy ktoś z drużyny wraz z Deronem nie przyjedzie na spotkanie. Nagle ni stąd ni zowąd, jak Filip z konopi zza wieszaków z ubraniami wyskoczył Kyle Korver, który ubrany dość luźno zupełnie nie zwrócił swoją osobą uwagi nikogo w sklepie, ponoć pełnego fanów koszykówki. Kyle miał już tylko 2 metry do schodów gdzie mógł zniknąć za plecami ochroniarzy i pójść do D-Wila, a znajdował się zaledwie 1 metr od nas. Tej jednej chwili później bardzo żałowaliśmy, bo była szansa na długi wywiad gdybyśmy powstrzymali swoje radosne okrzyki. A jednak zrobiliśmy harmider taki, że później każdy chciał sobie z Kyle'em zrobić zdjęcie i poprosić o autograf. Zachowaliśmy się jak groupies krzycząc wniebogłosy Kyle (blokując mu jednocześnie pole manewru, w czym specjalizował się LukaseK, który nie chciał pozwolić przejść takiej okazji koło nosa i nieomal stratował wieszak chcąc jak najbardziej zbliżyć się do Kyle’a). KK podpisał nam wszystkie zdjęcia, koszulki zrobił parę fotek i został zagadywany przez Grega ;] Wszystko trwało nie więcej niż 3 minuty i Korver już znikał nam z widoku chowając się za ochroniarzami czego najbardziej żałować mogła siostra Grega, która się w tym momencie pojawiła w sklepie. I choć próbowała zatrzymać go emanując całym swoim wdziękiem to bezduszni ochroniarze nie dali za wygraną.



Od lewej: Gimmie, Greg00 (z tyłu), Karl (z przodu), LukaseK

Greg: Jako że byliśmy pierwszymi osobami w sklepie, które rozpoznały Kyle’a, mieliśmy okazję nie tylko zrobić sobie wyżej wspomniane zdjęcia i zebrać autografy, ale również zamienić kilka słów z rzucającym obrońcą Jazz. Korver na początku wyraził duże uznanie połączone ze zdziwieniem i niedowierzaniem, dowiedziawszy się, że przyjechaliśmy na mecz Jazz aż z Polski. Następnie rozentuzjazmowany powiedziałem do niego, żeby nadal bez wahania rzucał trójki, gdyż w końcu zaczną one regularnie wpadać, co wywołało uśmiech na jego twarzy. Jako że emocje wzięły zdecydowanie górę, to krzyknąłem także, że jest lepszy od Hornacka, w co jednak sam Korver nie wydawał się uwierzyć, zadając z niedowierzaniem retoryczne pytanie "Yeah?"

Gimmie: Już wcześniej sporo się naczekaliśmy na Derona, ale po niespodziewanej wizycie Kyle’a tak bardzo się nabuzowaliśmy, że nie było mowy żebyśmy się rozeszli. Pracownicy sklepu nie byli wtajemniczeni we wszystko. Wiedzieliśmy tylko tyle, że Deron Williams miał raz jeszcze wyjść przejść przez sklep i liczyliśmy na to, że nie ulotni się tylnymi drzwiami. Ktoś kto wydawał się bardzo mocno zorientowany usiłował (skutecznie) zbić nas z tropu mówiąc, że wraz D-Willem i Korverem w sklepie jest jeszcze Memo Okur i Carlos Boozer. Dlatego spiesznie wychodzącego z dołu Derona nie ścigaliśmy tylko czekaliśmy biegając w około licząc na pozostałe autografy i pamiątkowe zdjęcia. Po paru chwilach stało się jednak jasne - Na dole nie ma już nikogo więcej!!! Nagle spostrzegłszy to Greg00 po drugiej stronie ulicy zobaczył, że wciąż tamtędy idzie niespiesznym krokiem, nieatakowany przez fanów Deron Williams z obstawą. Mimo lekkiego zmęczenia i głodu rzuciliśmy się z Gregiem00 i Karlem w pełnym biegu za nim, nie zważając na jadące auta na ruchliwej Oxford Street. Deron skręcił z głównej ulicy w wąską przecznicę, gdzie już czekało na niego auto, a ochroniarze wyraźnie już go popędzali. Udało się, jestem, pytamy się D-Willa czy poczeka, krzyczymy, że przyjechaliśmy aż z Polski. Jest! Zgodził się żeby zrobić sobie zdjęcie z naszą czwórką..... Pełnia szczęścia.... ale gdzie podział się ktokolwiek z aparatem? (moja karta od aparatu zapełniła się na konferencji z DW). Gdzie jest siostra Grega00, która mogłaby zrobić nam zdjęcie? I gdzie u licha jest LukaseK??

Lukasek: Wybiegłem za chłopakami ze sklepu, ale po chwili zniknęli mi z pola widzenia, zostaliśmy razem z naszym nadwornym fotografem (którym była Kamila, siostra Grega, wielka fanka AK47) sami, ruszyliśmy z pośpiechem przed siebie, rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś mormońskiej twarzy. W pewnej chwili usłyszeliśmy znajomy głos w jednej z bocznych uliczek. SĄ! MAJĄ GO! Stoją obok Derona Williamsa! Ustawiliśmy się wszyscy obok Dwilla, a Kamila zrobiła nam fantastyczne zdjęcie, które będzie pamiątką na całe życie!



Od lewej: Greg00, LukaseK, Karl, Gimmie:

karl:”Camera! Quickly!” - te słowa ochroniarza zapamiętam na bardzo długo. Moment, gdzie wielkie szczęście przeplata się z równie mocnym nieszczęściem. Być tak blisko upragnionego, ale ...gdzie jest ten cholerny aparat?! Dla naszego dobra, nieszczęśliwy scenariusz, wraz z przybyciem Luki i siostry Grega, całkowicie się ulotnił. Kolejne chwile należały do nas, każdy ze swoim firmowym, naturalnym uśmiechem... Emocje niebywałe, nawet już nie pamiętam jak to jest być pod ramieniem Derona Williamsa... Ciekawostką jest to, że cała nasza akcja ze złapaniem Derona zaraz po wyjściu z Foot Lockera, nie została niezauważona. Jak się bowiem okazuje na portalu slamonline.com, w relacji pomeczowej, jej autor pisze tak:”Both (Derrick Rose i Deron Williams) drew big crowds, but Deron won that round after being chased down Oxford Street”. :]

Greg: Emocje i radość podczas wykonywania zdjęcia sięgały zenitu. Ale żeby wykorzystać chwilę bliskości z D-Willem podczas robienia zdjęć powiedziałem głośno do rozgrywającego Utah, że jest lepszy od Chris Paula i że nigdy nie żałowaliśmy, że w pamiętnym drafcie 2005 z wysokim 3 numerem Jazz zdecydowali się wybrać właśnie jego. Mamy nadzieję, że D-Will zdołał zarejestrować te słowa i dodadzą mu one otuchy i wiary w siebie i przeświadczenie, że ma ogromne wsparcie wśród fanów Jazz.

Gimmie: Naprawdę czuliśmy się wspaniale. Trudno było ogarnąć nasze emocje po spotkaniu zawodników Jazz. Naszych idoli, facetów, którzy dodatkowo okazali się naprawdę mili w kontakcie z szalonymi kibicami z Polski. Potrzebowaliśmy jednak uzupełnić ubytek mocy po tak wydatnym pościgu D-Willa. Kamila, siostra Grega00, znała tutejszą okolicę bardzo dobrze, więc za jej namową udaliśmy się na przepyszną pizzę. Nadal byliśmy znacząco podekscytowani, a wiele śmiechu przyniosła dosyć oryginalnie usytuowana toaleta w tejże pizzerii, do której prowadziła droga przez kuchnię. Kolejnym etapem rozładowywania emocji była konsumpcja lokalnych „napojów bezalkoholowych”, przy wyborze których również radą służyła siostra Grega. Popatrzyliśmy na zegarki, porobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i powoli uznaliśmy, że na dziś damy sobie spokój, bo przed jutrzejszym meczem trzeba dobrze wypocząć. Wychodząc z pubu zostałem zupełnie przypadkowo poproszony o zrobienie zdjęcia 4 koleżankom, które na widok naszych koszulek nie omieszkały sfotografować się również z nami. Oczywiście nie były to „dziewczyny z wysp”, ale Amerykanki z Kalifornii, które o NBA słyszały. Koledzy jednak uznali, że warto się spieszyć do metra i tak nie poznaliśmy historii sobowtór(ki) aktorki Whoopie Goldberg, która przecież w oryginale grała kiedyś trenera NBA ;)

LukaseK: Wspaniały nastrój po spotkaniu z Deronem i Kylem długo nas nie opuszczał, więc postanowiliśmy pozwiedzać Londyn nocą i zgodnie z brytyjską tradycją napić się jeszcze czegoś zanim zadzwonią dzwony. Tak mając za przewodnika Greg00 udało nam się dostać na Piccadilly Circus i Trafalgar Square gdzie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia.

Greg: Pomimo powrotu poprzedniego dnia grubo po północy i wrzuceniu jeszcze na stronę newsa o pechowej kontuzji C.J. Milesa, wiedziałem, że muszę następnego dnia wstać rano, bowiem czekało mnie dużo pracy. Konkretnie chodziło o wykonanie plakatów, które chcieliśmy dumnie pokazywać podczas meczu. Praca na zakupionych jeszcze w Polsce kartonach formatu 100/70cm wymagała precyzji i nie trwała krótko, jednak efekt był oszałamiający, szczególnie, że jak się później miało okazać, nikt inny oprócz naszej ekipy nie dysponował w hali o2 Arena transparentami. Hasła, które zdecydowałem się stworzyć, brzmiały: pierwsze patriotyczne „Poland loves the Jazz”, dwa zaś następne dedykowane były żywym legendom Jazz - Jerry'emu Sloanowi i Mattowi Harpringowi: „We look forward to another 20 years Jerry” i „We miss you Harp, get well soon”. Jakby tego było mało, zainspirowany fanami z chorzowskiego koncertu grupy U2, którzy każdy znak z nazwy tego zespołu nosili na oddzielnych koszulkach, przygotowałem podobną małą niespodziankę dla Andrieja Kirilenko, której efekt zobaczycie niżej i która to przykuwała potem dużą uwagę fanów a także fotografów z NBA.com.

karl: Po poprzednim dniu (poniedziałek), oczekiwania na wtorek były przeogromne. Dzień jednak zaczęliśmy od ...zakupów. Lukasek kupił skórzaną (?) torbę na ramię oraz tajemniczy prezent dla swojej Ulubienicy, ja skarpetki, a Gimmie przekonał nas do skorzystania z oferty McDonalds'a, co z chęcią zrobiliśmy. Byliśmy umówieni przed halą z Gregiem oraz wszystkimi przybyłymi na ten mecz fanami Jazz, o czym pisaliśmy kilka dni wcześniej na stronie. Pod arenę przybyliśmy już o 15:00, ale jak się okazało, był to odpowiedni czas na obeznanie się w terenie. A w nim ciężarówka „Jam Van” ze zdjęciem (w rzeczywistym rozmiarze) Dirka Nowitzkiego z rozłożonymi rękami i liczbą podającą jego zasięg ramion. Obok niego, podobny obraz Memo Okura, a obok liczba 213, czyli jego wzrost. Inną, jeszcze większą atrakcją był (podobno prawdziwy) stojący nieopodal puchar za mistrzostwo NBA, który jakimś niewytłumaczalnym sposobem, jeszcze nie zawitał do Salt Lake City. My za to zawitaliśmy do trofeum i zrobiliśmy sobie pamiątkową fotografię. Jednakże największe zainteresowanie wzbudzały konkursy odbywające się obok vana. Cztery kosze, wiele piłek, jeszcze więcej zawodników. Akurat, gdy przybyliśmy, zaczynał się nabór do konkursu rzutowego.

LukaseK: Nie omieszkaliśmy skorzystać z możliwości wzięcia udziału w zawodach rzutowych rozgrywanych przy Jam Vanie, należy w końcu bronić mormońskie imię (tym bardziej, że faktycznie rzecz biorąc na tę chwilę byliśmy jedynymi fanami Jazz osaczonymi ze wszystkich stron przez kibiców Bulls). Gra wyglądała następująco, na boisku były dwie piłki, zawodnik oddawał rzut osobisty i jeśli nie trafił, mógł dobić, ale musiał to zrobić zanim drugi zawodnik trafi swój rzut. Nagrodą był zestaw mysz plus klawiatura wykonany z drzewa mahoniowego. W zawodach brało udział ok. 40 zawodników. Karl miał największego pecha, bo odpadł jako pierwszy z wszystkich startujących (ktoś musiał w końcu robić kolegom zdjęcia i ich kamerować, nie? :) - karl). Ja i Gimmie radziliśmy sobie całkiem nieźle, ripostując wszystkie docinki konferansjera na temat Jazz celnymi trafieniami. Niestety Gimmie w pewnym momencie musiał pożegnać się z zawodami, zostając wyeliminowany przez mierzącego 40 cm mniej 12-letniego Anglika. Ja walczyłem do końca, prawie.. Udało mi się wejść do pierwszej trójki, potem musiałem uznać wyższość dwóch zawodników w czerwonych trykotach i z pięknej klawiatury, która tak by mi się przydała do pisania długich newsów, recapów i artykułów nici.

karl: Konkurs nie wyszedł, wobec tego trzeba było to sobie w jakiś sposób wynagrodzić. Nie znalazłszy w poprzednich dniach żadnej (!) koszulki Jazz, czy chociażby pamiątki z nimi związanej w centrum miasta, ostatnią deską ratunku dla mnie, na kupno koszulki ukochanego klubu była O2 Arena. Trzeba jednak dopowiedzieć również, że „popisałem się” zupełnie zapominając o wzięciu ze sobą do Londynu, koszulki Jazz. Próbował ratować to Gimmie, który mógłby obdarować każdego z nas, inną koszulką na każdy dzień pobytu w stolicy Anglii, jednak posiadanie koszulki meczowej było czymś innym. Sklep w arenie, na całe moje szczęście, pomógł mi w rozwiązaniu tego problemu i choć nie czarował różnorodnością, to posiadał najważniejsze – koszulkę meczową z numerem 8. Żaden autentyk, zwykła replika, ale robi różnicę na zdjęciach, prawda? :)

Greg: Na już wypełnione sporą rzeszą fanów miejsce spotkania przed halą O2 na skutek problemów komunikacyjnych przybyłem z ponad półgodzinnym opóźnieniem - wciąż jednak dochodziła dopiero 16-ta, a wejście na trybuny miało zostać otwarte dopiero o 18-tej, tak że czasu na zwiedzanie "okołomeczowych" atrakcji było jeszcze sporo. Tym niemniej, od kolegów z redakcji (których wypatrzyłem natychmiast, gdyż oprócz nich trykoty w barwach Jaz nosiły pojedyncze osoby, które można było policzyć na palcach ręki doświadczonego drwala;) dowiedziałem się, że zdążyli przez te zaledwie 30-kilka minut zawojować boiska stworzone częściowo z autobusu (jest to prawda, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi :). Jako że kolejne konkursy organizowane przez wyjątkowo zajadłych pod kątem Jazz prowadzących nie były już tak atrakcyjne jak te, które zdominowali moi koledzy, udaliśmy się do hali, gdzie zakupiłem cenny suwenir (t-shirt z logo meczu z Bulls) i gdzie zamierzaliśmy się zadekować w jednej z licznych w O2 Arena knajp.

Gimmie: Spotkaliśmy Grega, który przybył prawie godzinę po nas. Był markotny, zapewne zazdrosny, że gra przed halą go ominęła, jak i pamiątkowe fotografie z pucharem i plakatem Okura. Próbowaliśmy ogarnąć możliwości spędzenia kolejnych kilku godzin i zerknęliśmy do hali - okrągłego, ogromnego budynku z wysokim sklepieniem i masą restauracji wewnątrz oraz sklepem z gadżetami NBA. No nie było ich za wiele ale jednak przy pierwszym podejściu zakupiłem program imprezy. Wróciliśmy znowu przed halę gdzie organizatorzy szykowali kolejny konkurs rzutowy. Jednak zapowiadało się nudno, więc wróciliśmy do hali O2. Karl, zaopatrzył się wówczas w jedyną dostępną koszulkę meczową Jazz – Derona Williamsa. Zaś Greg oglądając dobre 5 minut każdy szew na koszulce ;) zakupił pamiątkowy t-shirt z logiem NBA Tour. Mieliśmy informacje od LukasKa, że pojawi się tutaj 3 sympatyków Utah z Poznania piszących o Jazz na forum amerykańskim. Przeszli blisko nas i usłyszeliśmy, że rozmawiają w nadwiślańskim narzeczu. Stanęli nieopodal – spod okrycia wierzchniego jednemu z nich wystawała koszulka D-Willa. Trwało to krótką chwilę, gdy zdecydowałem, że to muszą być oni i zagadnąłem pierwszy. Szybko znaleźliśmy wspólne tematy i udaliśmy się do Restauracji HA HA, która już dzień wcześniej miała być naszym umówionym miejscem spotkania. Tam Greg rozpostarł już 3 gotowe plakaty, które tworzył od samego rana oraz 2 koszulki „tandemowe” z napisem AK47, przez które Greg00 i LukaseK musieli chodzić w odpowiedniej konfiguracji blisko siebie. Zabraliśmy się do tworzenia 3 kolejnych plakatów dopingujących naszych pupili. Karl stworzył swój, ja również, a trzecia wolna kartka przypadła nowo poznanym kolegom z Poznania, którzy tak się wzruszyli widokiem prawdziwych kibiców Jazz i plakatem „Poland loves the Jazz”, że postawili nam napoje energetyczne :).

karl: Przyszedł czas na rozłączenie gromady i udanie się na swoje miejsca. Te, akurat, podobnie jak koszulka, przyprawiała mnie o niemały ból głowy, zastanawiając się, czy będę w stanie wszystko widzieć z takiej góry (jeśli komuś to coś mówi: sektor 106). Doszło nawet do tego, że wraz z Gimmiem, jeszcze przed rozłąką wszystkich, poszliśmy do kasy biletowej z pytaniem czy można zmienić swoje dotychczasowe bilety na jakieś bliższe parkietowi, po prostu lepsze. Z chęcią bym dopłacił, w końcu po to tu przyjechałem, by móc zobaczyć jak najwięcej. Odpowiedź była krótka: nie i to pomimo tego że ponoć bilety na lepsze miejsca były jeszcze dostępne! No cóż, szanse były małe, przynajmniej spróbowaliśmy. Gdy już usiadłem na swoim miejscu na trybunach, muszę się przyznać, oczekiwałem czegoś lepszego. Może nie akurat widoków, takich jakie mieli Greg, Lukasek czy Gimmie, ale tylko o ciut lepszych od obecnych. Postanowiłem wobec, że wezmę sprawy w swoje ręce i podszedłem do ...ochroniarza obok z pytaniem, czy jeśli mecz już się rozpocznie, a niżej będą miejsca wolne, to czy będę mógł je zająć. Po krótkiej rozmowie, dostałem radę, by pójść z moim problemem do informacji. Tam, wyjaśniłem swój problem raz jeszcze i tylko czekałem co urocza pani z informacji mi odpowie. Odpowiedź nastroiła mnie pozytywnie, gdyż miałem na 5 minut przed rozpoczęciem spotkania, udać się znowu do niej i wtedy znany będzie mój wyrok. Tak jak miałem, tak zrobiłem. Rezultat? Rząd środkowy – 111 (a więc blisko parkietu a nie na balkonie), sam środek – idealne miejsce! I to za darmo! A jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej, nie chcieli mi ich odsprzedać… Nie powiem, mecz nabrał dodatkowych kolorów :))

Gimmie: Miałem pewnie trudności ze zlokalizowaniem miejsca na trybunach po oddzieleniu się od pozostałej ekipy Jazz. Siedziałem ok. 15 metrów do barierki w sektorze blisko rogu boiska. Miałem dużo miejsca przed sobą i przez dobre 30 minut meczu mogłem sobie na pustych trybunach przede mną trzymać baner, który został uwieczniony w serwisie cnn w fotorelacji z tego wydarzenia. Minęło jednak trochę czasu i przychodzili kolejni malkontenci (fani Bulls), którzy uporczywie domagali się, zmiany mojej pozycji bazowej, jako że siedzę na ich miejscu. Było to naprawdę irytujące:) 2 razy obniżałem się przechodząc górą po siedzeniach coraz niżej. Później w końcu znalazłem bilet i okazało się, że w rzeczywistości powinienem siedzieć dobrych 8 rzędów niżej ;) gdzie miejsca było naprawdę sporo, a widok na Jazzmanów jeszcze lepszy. I gdyby tylko Boozer (którego koszulkę miałem tylko ja – przynajmniej w okolicy) choć odrobinę się wysilił byłby wstanie przybić mi piątkę. Co ciekawe w nowej lokalizacji były też inne plusy… Mianowicie miałem to szczęście siedzieć w niewielkim obszarze w całej hali gdzie była także spora garstka kibiców żywo dopingujących Jazz. Co prawda ich średnia wieku wynosiła około 60 lat, tym jednak milej było słuchać pokrzykiwań starszej Pani „Go Jazz” z pieczątką z napisem „Utah Jazz” na twarzy. 5 osobowa ekipa miała sporo oryginalnych gadżetów kibica UJ, których nie dało się kupić chyba nigdzie poza Salt Lake City.

Lukasek: Po wejściu na halę zostaliśmy przytłoczeni jej ogromem, zapytaliśmy się nawzajem czemu w Polsce nie mamy takich obiektów? Nasze miejsca (tj. moje, Grega oraz Kamili) okazały się być tuż przy wejściu którym wchodziliśmy, zostawiliśmy swoje rzeczy, wzięliśmy transparent „Poland loves the Jazz” i razem z Gregiem ruszyliśmy ku dołowi by jak najbardziej zbliżyć się do parkietu na którym właśnie rozciągał się, co by nie mówić, nasz dobry znajomy Kyle Korver :) Kiedy Kyle skończył ćwiczenia i zaczął kierować się do szatni, razem z Gregiem z uniesionym w górę transparentem krzyknęliśmy chóralnie: "Hej Kyle! Pamiętasz nas?" Na co obrońca Jazz zareagował dużym i szczerym uśmiechem. Uradowani staliśmy przez chwilę przy barierkach z nadzieją, że pozostali Jazzmani wkrótce również pojawią się na rozgrzewce.

Greg: Potem ubrani wraz z Lukaskiem w koszulki Andrieja Kirilenko robiliśmy podczas rozgrzewki wszystko, by zwrócić na siebie jego uwagę. AK zaskakująco szybko zareagował na nasze nawoływania i uśmiechem skwitował zarówno nasze koszulki z jego numerem jak i alternatywne białe wersje z inicjałami, które szybko założyliśmy jak tylko AK znów był niedaleko od nas. Szkoda tylko, że była to niestety jedyna interakcja, jaką udało nam się nawiązać podczas meczu z zawodnikami Jazz, którzy przez cały czas byli niedostępni dla kibiców (boisko od trybun oddzielała barierka i kordon ochroniarzy) i podczas meczu także raczej nie spoglądali na widownię.

Gimmie: Jeszcze podczas sesji treningowej zawodników ponownie spotkaliśmy się z kolegami z Poznania gdy podeszli bliżej pogadać chwilę z Kylem Korverem, który wyszedł dużo wcześniej od pozostałych zawodników porozciągać się i porozdawać parę autografów blisko ławki rezerwowych Jazz (co uwieczniłem kręcąc krótki film). Fakt, że KK nie musiał się koncentrować przed grą ze względu na uraz kolana, ale szkoda, że nikt z pozostałych graczy nie był tak otwarty do pogawędki z fanami… Dosyć szybko ochrona uznała, że stanie blisko boksu z którego wyjdą Jazzmani na przejściu miedzy sektorami jest kuriozalne (jak dla kogo!) i dała do zrozumienia nam wszystkim, że należy wrócić na swoje miejsca. Ja siedziałem stosunkowo blisko tego wyjścia… z kolegami z Poznania zaś już więcej się nie spotkałem.

LukaseK: W pewnej chwili podszedł do nas łysawy Pan i zapytał co mamy napisane na transparencie i czy rzeczywiście przejechaliśmy taki kawał drogi by zobaczyć mecz Utah Jazz, po chwili okazało się, że jest reporterem BBC i za chwilę przeprowadzi z nami wywiad, który będzie transmitowany na żywo! Z wrażenia prawie zaniemówiłem, jednak myślę, że jakoś daliśmy radę.

Greg: Najśmieszniejsze jest, że nadal nie wiemy, czy wywiad był dla stacji radiowej czy telewizyjnej, bo pomimo, że nazwa stacji BBC 5 wskazuje jednoznacznie na radio, to jednak prowadzący poprosił nas o podniesienie w górę transparentów… Tak czy inaczej było to ciekawe przeżycie, ze śmieszną wskazówką od dziennikarza „We’re going live, so keep it clean guys” :) Tylko skończył się jednak wywiad dla BBC, a dopadł nas dziennikarz z NBA.com, który koniecznie chciał zadać nam te same pytania ;) Nie odmówiliśmy zatem i podzieliliśmy się także i z amerykańskim fanami tym, że przyjechaliśmy aż z Polski, że nierzadko zarywamy całe noce by móc obejrzeć Jazz no i że miłość dla Jazz było miłością od pierwszego wejrzenia i gdyby nie mecz w Londynie, to byłoby nam bardzo trudno obejrzeć Jazz na żywo w akcji. Plusem było to, że dziennikarz przynajmniej wiedział kim jest Jerry Sloan, od razu dodając „Hall of famer”, bowiem odnieśliśmy wrażenie, że jego brytyjski kolega nie do końca zrozumiał nasz transparent.

Gimmie: Jeśli chodzi o wrażenia to nie ma co zaprzeczać - oglądanie przed monitorem, czy telewizorem znacząco różni się od tego "w realu". Ciągle moim marzeniem pozostaje oglądnąć mecz siedząc na trybunach w Salt Lake City i poczuć żywe zaangażowanie wszystkich mormonów w doping (ponoć najgłośniejszą publikę w NBA), czego tutaj może po części brakowało. Ale ogrom konkursów i zabaw z publicznością sprawił, że niejednokrotnie trudno było się skupić na samym spotkaniu. Kamera realizatora pokazywała typując a to najbardziej roześmianych, gdzie podobno było widać regularnie odwiedzającego naszą stronę Urka wraz z Małżonką, a to tych skorych do pocałunków siedzących obok siebie choć zestawiania zaskakiwały samych sublokatorów wzbudzając salwy śmiechu na trybunach.. aaallleee co zapatrzyłem się, a w między czasie Jazz już rozgrywają drugą akcję, a tu ciągle zabawa na trybunach. Tak naprawdę było to fajne, ale co za dużo to niezdrowo. Raz za razem na trybuny wbijała się wygłupiając się maskotka Bulls lub Jazz. Podczas wielu time-outów na parkiecie cuda wyczyniali kaskaderzy z Utah, bądź cheerleaderki. Zabawne były konkursy tańca dla kibiców itp. Aczkolwiek dokładnie to samo szoł zostało zaprezentowane w Madrycie i gdybym miał karnet na 41 meczów Jazz to coś czuję, że w ogóle znalazł bym sobie lepsze zajęcie (w przerwach) niż oglądanie w kółko tych samych numerów. Ciągle pstrykałem zdjęcia – porozmazywane z uwagi na niewielki gabaryt mojego aparatu. Większych ich tak wnieść nie można było – o czym przekonał się kolega z Poznania. A wracając do meczu. Świetnie się zaczęło od przechwytu Brewera i efektownej "paczki" z kontrataku. Później prym wiodła głównie defensywa Bulls, Noah, Johnson a wrażenie jak najbardziej pozytywne zrobił na mnie sporo biegający nowy rozgrywający Jazz Eric Maynor. Paul Millsap pokazał się z bardzo dobrej strony. Mehmet Okur chyba nie bardzo mógł się odnaleźć, natomiast bardzo chciał Andriej Kirilenko i po nim faktycznie było widać przyrost muskulatury. Podobała mi się gra Derona Williama, oraz Loula Denga, który często zbiegał w róg gdzie siedziałem i trafiał ku uciesze miejscowych. Zasadniczo rzecz ujmując najwięcej frajdy sprawiło mi oglądanie działań trenera Sloana, podczas przerw i rozdającego swoim zawodnikom dyspozycje. O dziwo zupełnie rozkojarzony w tym momencie bywał zawsze Carlos Boozer, może to tylko moje (lekko przerysowane) odczucie ale wolał sobie pogadać z kimś obsługi hali niż żywo uczestniczyć w życiu drużyny. Niemniej jednak emocje były niesamowite. Z każdą minutą coraz bardziej żałowałem, że coraz bliżej do końca spotkania, może to ostatni raz gdy oglądam na żywo zawodników NBA. W końcówce napięcie rosło, wynik zaczął w końcu oscylować wokół remisu i zrobiło się naprawdę ciekawie bo nawet jak dotąd francuscy malkontenci siedzący nieopodal zaczęli żywiej okazywać swoją aprobatę dla wydarzeń na boisku. Tak, emocje, których tak oczekiwałem... i zacięta końcówka meczu. Miodzio!

karl: Podobnie jak u Gimmiego, duże wrażenie zrobił na mnie Eric Maynor. Jak popatrzyłem po spotkaniu w statystyki, nie mogłem pojąć skąd wzięła się u niego skuteczność z gry 1/6. Mniejsza z tym, Maynor bardzo mądrze prowadził grę, szczególnie w ostatniej odsłonie, kiedy to nie raz, nie dwa uruchomił któregoś z podkoszowych czy skutecznie spisał się w defensywie. Mieszane uczucia może budzić gra Kosty Koufosa, który w czwartej kwarcie miał momenty, gdy rządził i dzielił pod koszem, by potem zostać stłamszonym blokiem albo nie złapać piłki w obronie, która tak naprawdę kosztowała nas zwycięstwo. W innych kategoriach trzeba rozpatrywać Paula Millsapa i Derona Williamsa, którzy przez dłuższe okresy ciągnęli grę Jazz, pokazując, że są już zawodnikami z kilkuletnim stażem w NBA i przede wszystkim Deron, który najbardziej odstawał od reszty zawodników poziomem. Było również kilka śmiesznych, ciekawych momentów, takich jak blok... Carlosa Boozera, po którym powiedziałem: „Nie wierzę” czy zespół Utah Jazz Dunkers, który uświetnił swoimi wsadami niejedną przerwę w grze.

Greg: Podążając za przykładem Karla, my także z Lukaskiem kombinowaliśmy, jak to przybliżyć się bardziej do boiska i nie pozwoliliśmy, by zmarnowały się puste miejsca o dobre 10 rzędów niżej (których nie brakowało na początku meczu) i jak gdyby nigdy nic po cichu udaliśmy się na nie. Siedzieliśmy mniej więcej w połowie połowy boiska, tak że mieliśmy bardzo dobry widok na parkiet, a nawet mieliśmy okazję słyszeć niektóre pokrzykiwania zawodników, w tym oczywiście jak zawsze najbardziej rozkrzyczanego Carlosa Boozera. Trudno to dokładnie opisać, ale jednak oglądanie meczu na żywo daje dużo lepszy pogląd na grę zawodników – lepiej widać ich ruch po boisku, walkę w obronie, wszystkie manewry - z pewnością bardziej można docenić ich kunszt. To na pewno niezapomniane przeżycie móc widzieć wszystko to, co w telewizorach wydaje się takie nieprawdopodobne a jednak w rzeczywistości naprawdę jest wykonywane przez ludzi "z krwi i kości" – z pewnością na długo utkwią mi w pamięci wsady Paula Millsapa czy rywali z Chicago – Taja Gibsona nad Andriejem Kirilenko i put-back dunk bohatera meczu Jamesa Johnsona, no i oczywiście fantastyczne bloki (mój osobiście ulubiony element gry), których zobaczyliśmy w meczu aż blisko 20. Na pewno duże wrażenie zrobiła także organizacja czasu kibiców podczas licznych w koszykówce przerw – fani byli non stop zabawiani przeróżnymi konkursami no i swoimi wizerunkami wyświetlanymi na zawieszonym pod sufitem hali telebimem. Trzeba przyznać, że atrakcje te dostarczały naprawdę niezłą rozrywkę i czasami można było nie zauważyć, że już wznowiona została gra na boisku...

Lukasek: Odnośnie wspomnianego przez Grega kombinowania. W rzędzie przed nami w identyczny sposób postąpiła trójka Filipińczyków, na ich nieszczęście w połowie pierwszej kwarty pojawili się właściciele miejsc na których siedzieli razem… z ochroniarzem, który w dosadny sposób wyprosił ich z miejsc i zabrał na rozmowę. Z tego się dowiedzieliśmy później ową trójkę wyrzucono całkowicie z hali… Nie ma to jak angielskie niezłomne zasady… Wróćmy jednak do meczu. Pierwsza akcja i od razu Ronnie Brewer (jeden z moim ulubionych zawodników obecnych Jazz) przechwytuje piłkę i pakuje z góry, zdobywa pierwsze punkty w meczu. Lepiej zacząć się nie mogło. Duże wrażenie wywarły na mnie bloki Kirilenki, chociaż jego gra w ataku pozostawiała wiele do życzenia. Momentem który chyba najlepiej zapamiętałem był blok Boozera na Luolu Dengu! Parafrazując reklamy jednego z producentów kart płatniczych: "Zobaczyć na żywo blok Carlosa Boozera … bezcenne", w dodatku całkiem efektowny blok.



karl: Końcówka meczu była niesamowita. Gardło zdarte (nie tylko przez okrzyki, ale również chorobę), emocje do ostatniej... 0,1 sekundy, tylko koniec nieszczęśliwy. Chyba mnie najbardziej zabolała ta porażka. Obcy teren, praktycznie wszyscy przeciwko tobie, emocjonująca końcówka, przekrzykiwanie się w dopingu i ten James Johnson, który prawdopodobnie okaże się „stealem” tegorocznego draftu. To byłaby piękna wisienka na tym kilkudniowym torcie. Ale tak jak mówi polskie powiedzenie: „Nie można mieć wszystkiego...”

Gimmie: Ostatnia minuta była szalona. Pamiętam tyle, że krzyczałem "Eric, Eric", później skupienie i "Defense Defense", końcówka była bardzo gorąca, ludzie (w końcu) zaczęli żywo dopingować swoich. W między czasie na 3 minuty przed końcem trzy rzędy niżej od strony wejścia do rzędu zwolniły się 2 siedzenia, dlatego czym prędzej przesiadłem się tam z Kamilą siostrą Grega, która od połowy meczu siedziała na wolnym miejscu koło mnie, które było znacznie niżej od jej pierwotnego. Liczyłem po cichu, że łatwo będzie wybiec stamtąd żeby „przyczaić się” na kolejne autografy i wyraźniejsze zdjęcia samych zawodników z bliższa. Wolne Price’a i publika urządziła tupanie - czułem emocje i wibracje podłogi a jednak Ronnie miał nerwy ze stali i nie pomylił się – wyszliśmy na prowadzenie. Cały mecz był nie po naszej myśli a tu jednak się udało. Jest SUPER! W oddali starsi amerykanie krzyczeli cyklicznie Go Jazz, Go Jazz! Ronnie grał świetnie, Jazz dali radę i co Bulls łyso Wam (pomyślałem)... i niestety James Johnson miał „dzień konia”... i trafił dobitkę równo z syreną kończącą spotkanie. Zdziwiło mnie, że nie było analizy rzutu przy stanowiskach sędziowskich ale jak się później okazało przepisy "hybrydowe", wg których rozgrywany był ten mecz, tego nie przewidywały. Jazzmani schodzili trochę podłamani i nieskorzy to rozdawania autografów. Ale i tak warto było to przeżyć i wybrać się na mój pierwszy mecz NBA i to jaki.. :) Bardzo się cieszę, że było nam dane oglądać tak zaciętą końcówkę spotkania i że Jazz mimo przegranej nie dali sobie w kaszę dmuchać. Dziękuję!.

Greg: Wiele już zostało napisane przez moich kolegów. Ja ze swojej strony choć dumnie manifestowałem radość po dwóch celnych rzutach Ronnie’ego Price’a, który w końcowej minucie wyprowadził Jazz na jednopunktowe prowadzenie, to nie byłem przesadnie podłamany buzzer-beaterem Chicago. Trzeba obiektywnie przyznać, że także on przyczynił się do wyjątkowości tego widowiska – niezapomnianym będzie na pewno widok 19 tysięcy eksplodujących w jednej chwili do góry kibiców.

Lukasek: Przez całą końcówkę mecz starałem się dopingować naszych głośnymi okrzykami: "Let’s go Jazz!! Defense!" Niestety Jazzmani nie posłuchali tej ostatniej rady i w ostatniej akcji zachowali się jak zupełni amatorzy, a ja na drugi dzień miałem chrypkę a’la Tom Waits. Co by jednak nie mówić, porażka w żadnym stopniu nie umniejszyła mi tych niezapomnianych chwil, które spędziłem razem z resztą redakcji w Londynie. Jeśli tylko kolejny raz Mormoni pokażą się w Europie, na pewno znowu od razu kupię bilet.

karl: Tak jak wspominałem, zamieniłem się trochę w mruka po tej porażce, ale do czasu. Do czasu, gdy nie spotkaliśmy, już wychodząc z hali, naszych rodaków, a dokładniej mamę (ok. 50 lat) i jej syna (ok. 17 lat) ubranego w barwy Jazz. Poproszono nas o pamiątkowe zdjęcie ze względu na nasz transparent manifestujący polską miłość do Jazz, który został zauważony przez tę parę już podczas meczu. Potem przyszedł czas na rozmowę, w której główny głos zabrała... ww. mama. Okazało się, że bez problemu rozpoznawała Sterna i znała jego zasady kierowania ligą, orientowała się w nazwiskach koszykarzy Chicago Bulls, opowiedziała, że zdobyła autografy Joakima Noaha i Derricka Rose'a oraz wypatrzyła na meczu byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza (!) i jego małżonkę, z którymi nie omieszkała sobie zrobić zdjęcia i ogólnie wywarła naprawdę zaskakujące, pozytywne wrażenie, które pokazuje, że koszykówka łączy pokolenia :)

Gimmie: Tak naprawdę niewiele pamiętam z tego co działo się po meczu. Zbieraliśmy się do wyjścia niemal ostatni zostając przegnani z hali. Zjedliśmy na obiektach O2 dobrego steka, choć o mało nie kosztowało nas to spóźnienie się do metra. Dalej pożegnanie z rodzeństwem Jazz fanów (Greg i Kamila) i szybko do spania. Przyszły jeszcze chwile na zwierzenia jak to było nadzwyczajnie i nie tylko wspominaliśmy miłe spotkania zawodników, mecz Utah Jazz ale cały nasz wyjazd także pod względem turystycznym, kulinarnym i koleżeńskim. Wszystkim, którzy przyczynili się do naszego lepszego samopoczucia, miło spędzonego czasu i naszej dobrej zabawy bardzo serdecznie z mojej strony dziękuję. Wyróżnić należałby zwłaszcza ciocię Lukaska, siostrę Grega, Łukasza, nasze kochane rozumiejące tę pasję kobiety oraz dopingującego nas drogą SMSową kolegę Monty’ego (dołączamy się do tych podziękowań – Karl, Lukasek i Greg).


Redakcja: Podsumowując, podróż do Londynu okazała się fantastyczna i tak naprawdę przekroczyła nasze oczekiwania. Bezcenna była możliwość zobaczenia graczy na żywo, i to nie tylko podczas meczu, ale także osobiście i możliwość zamienienia z nimi kilku zdań. Myślę, że należy powiedzieć wprost, że warto żyć dla takich chwil i że marzenia się spełniają!
INFORMACJA
Dodaj swój komentarz do tego newsa.
[skomentuj]


hmm :: 14.10.2009, 10:06
super relacja, dluga ale taka ma byc! miod! go jazz!!!!

Lux :: 14.10.2009, 12:02
Szacun po raz kolejny koledzy! Kawał dobrej roboty odwaliliście i dużo szczęścia mieliście.
Strasznie się cieszę, że mimo niefarta z cholernym przeziębieniem i mnie dane było dane uczestniczyc w tym spektaklu i Was poznać.
Czy doszly do was moje foty?

Gina :: 14.10.2009, 12:57
Przeczytałam Wasz reportaż jak ekscytującą książkę, która szkoda,że się skończyła.

maredbor :: 14.10.2009, 13:45
Coś wspaniałego.. trudno opisać to słowami, a wam jednak się udało bo poczułem się jakbym tam był. Pozdrawiam, chociaż jestem fanem Cavs!

jazzfan veteran :: 14.10.2009, 18:16
koledzy podajcie jakiegos maila mam zdjecia z wami z hali, podczas rozgrzewki. Po meczu straszny tlok nie zdarzylismy sie spotkac.

GO JAZZ

dmasta :: 14.10.2009, 19:49
Piękna relacja, pełna emocji i zwrotów akcji Jazz mają nie tylko najlepszych kibiców w NBA, ale i na całym świecie!

maxec :: 14.10.2009, 19:54
Rewelacja, po prostu! Chłopaki to nie tylko niezwykła podróż, ale również godny jej opis. Styl iście reporterski - pełna uznanie za odwagę, koloryt, styl... Faktycznie - jak w filmy z Bronsonem:) Pozdrawiam Was mocno:)

UTAH JAZZ :: 14.10.2009, 20:25
kawal bardzo dobrej roboty fajnie to przedstawiliscie pelen szacunek tak dalej jak wam sie cos przypomni jakies szczegoly i ciekawostki ktore umknely to piszcie bedziemy czytac

el :: 14.10.2009, 21:55
Wzruszające poprostu ekstra robota, bez żartów teraz to jak gdyby nasza strona została namaszczona

bobo :: 14.10.2009, 23:18
Dorzucam sie do gratulacji
Brawo!!!!!!

jagger :: 15.10.2009, 00:06
Taki kawałek bajki o tym, jak to marzenia się spełniają gratuluję!

paul :: 15.10.2009, 09:16
super reportaż. można Wam tylko pozazdrościć ( w pozytywnym słowa znaczeniu). byłem w Anglii na sześciu meczach piłkarskich, ale niestety nie było możliwości teraz wyskoczyć na Utah Jazz. a widze że mam czego żałować.

Esox Lucius :: 15.10.2009, 12:29
Panowie gratuluję świetnej relacji świetnej wyprawy i niezapomnianych wrażeń

Jezeli za rok pojawi się taka okazja to na pewno z niej skorzystam a jak nie to za 2lata jak skończę studia i robota dalej dobrze pójdzie to planuję lot do SLC na mecz więc może ktoś wybierze się też

Ociep-lakers fan :: 15.10.2009, 18:11
zgadzam się z przedmówcami- naprawdę świetna relacja i mimo że strasznie długa to jakoś człowiek tego nie odczuwa czytając-mega szacun Panowie..

urek :: 16.10.2009, 05:12
Hej, pomineliscie watek dotyczacy mojej osoby, szczegplnie, ze jako jedyny zostalem wybrany przez operatora i wyswietlony na telebimach pod sufitem. Darlem sie, jak nigdy w zyciu, szarpiac koszulke Jazz, ktora mialem na sobie, pokazujac numer 8. Fajnie bylo.

Greg00 :: 16.10.2009, 08:20
ależ nie moglibyśmy pominąć tak istotnego wydarzenia :] przeczytaj uważnie część relacji Gimmie'ego znajdująca się obok zdjęcia maskotki Jazz

Pezet :: 20.10.2009, 16:52
No chłopaki wielkie gratulacje, już wiecie jak to jest spełnić marzenie , mi się tak samo spełniło w 2008 r--byłem na meczu moich ukochanych Kings:):):)
PASSION FOR PURPLE
TYREKE EVANS---FUTURE ALL STAR

warto przeczytać
Legenda Karla Malone'a Karl Malone, jeden z najlepszych zawodników w historii NBA, urodził się 24 lipca 1963 roku. Był to rok, który powszechnie uważa się za najlepszy w historii NBA/...więcej/
NBA Live Europe tour - Londyn... O przylocie Utah Jazz do Europy mówiło się już od dawna, w końcu dwóch gwiazdorów Jazz – Andriej Kirilenko i Memo Okur /...więcej/
Larry Miller, super fan do samego końca Tuż przed śmiercią, kiedy Larry Miller odpoczywał w swoim łóżku, otrzymał nieczęstą w ostatnich dniach, dobrą wiadomość./...więcej/
Na zakupy z Boozerem Minęło już ponad pół roku od pierwszych deklaracji o odejściu Booza, prawie miesiąc od otwarcia okresu transferowego i około 2 tygodnie od oświadczenia/...więcej/

vs
96 : 111
wynik rywalizacji: 4 - 0 dla Lakers
vs
???
Czy uważasz, że Jazzmani wzmocnili się podczas tego lata?

tak, nareszcie zaczniemy walczyć o najwyższe cele
jest lepiej, ale nie ma powodów do zachwytu
Boozer > Jefferson, Matthews > Bell, więc o jakim my tu wzmocnieniu mówimy
Jazz są dalej na tym samym poziomie
punkty

C. Boozer

D. Williams

M. Okur

A. Kirilenko

P. Millsap

C.J. Miles

19.7

18.7

13.3

11.9

11.7

9.7

zbiórki

C. Boozer

M. Okur

P. Millsap

A. Kirilenko

D. Williams

C.J. Miles

11.3

7.0

6.6

4.6

4.0

2.5

asysty

D. Williams

C. Boozer

A. Kirilenko

R. Price

M. Okur

K. Korver

10.6

3.2

2.7

2.0

1.7

1.7

przechwyty

A. Kirilenko

D. Williams

C. Boozer

C.J. Miles

P. Millsap

W. Matthews

1.43

1.26

1.09

0.90

0.79

0.75

bloki

M. Okur

A. Kirilenko

P. Millsap

C. Boozer

K. Fesenko

C.J. Miles

1.23

1.22

1.14

0.47

0.40

0.28

sktuteczność (%)

C. Boozer

K. Fesenko

P. Millsap

A. Kirilenko

K. Korver

W. Matthews

56.3

54.8

54.3

50.6

50.0

48.7

minuty gry

D. Williams

C. Boozer

M. Okur

A. Kirilenko

P. Millsap

W. Matthews

37.0

34.6

29.4

29.0

27.6

24.3

stan na 10.04
  • 17.04 Denver-Utah 126:113
  • 18.04 24. urodziny Sundiaty Gainesa
  • 19.04 Denver-Utah 111:114
  • 23.04 Utah-Denver 105:93
  • 25.04 Utah-Denver 117:106
  • 28.04 Denver-Utah 116:102
  • 30.04 Utah-Denver 112:104
  • 02.05 L.A. Lakers - Utah 104:99
  • 04.05 L.A. Lakers - Utah 111:103
  • 08.05 Utah - L.A. Lakers 110:111
  • 10.05 Utah - L.A. Lakers 96:111
  • 12.05 L.A. Lakers - Utah
  • 14.05 Utah - L.A. Lakers
  • 17.05 L.A. Lakers - Utah